.
Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Online 281 dni temu
w JOE.pl od 2011-03-06
Odwiedzin: 868898 | dziś: 20
Obserwowani: 2
Obserwujący: 94
Chmurek: 182
oceń mnie ocena 10.0/ 10
Głosować mogą tylko zalogowani! zobacz ranking

O mnie
http://ewaw1963.blog4u.pl/
http://www.facebook.com/ewa.wielgosz.7

"SEKRETY SERCA I DUSZY" - MÓJ TOMIK JUŻ W SPRZEDAŻY
http://www.radwan.pl/index.php?option=com_virtuemart&;page=shop.product_details&flypage=flypage.tpl&category_id=37&product_id=610&Itemid=1&vmcchk=1&Itemid=240

ZAPRASZAM DO POCZYTANIA
WIERSZY MOJEGO AUTORSTWA...

WIERSZE TU SPISANE
SĄ MUZYKĄ DUSZY
UCIESZY MNIE BARDZO
JEŚLI KOGOŚ WZRUSZĘ...

(Zaznaczam,że tylko moje życie jest prawdziwe,natomiast temat wielu moich wierszy to fikcja literacka...)

Wiersze nie mogą być wykorzystywane i powielane.
(Dz.U.1994 nr. 24 poz. 83 z późn. zm.(..)


Raz jestem twarda jak tafla lodu,
stając w obronie świętych wartości.
Innym znów razem jak kryształ krucha,
gdy życie nie ma dla mnie litości.
Nie znam znaczenia słowa nienawiść,
ciągle miłością żyje me serce.
Gdzieś we mnie drzemie duch romantyzmu,
Dla niego w sercu miejsca najwięcej.
Nie wiem cóż mogę więcej powiedzieć,
określić siebie nie jestem w stanie.
Bo sama siebie do końca nie znam,
pytasz kim jestem? Trudne pytanie...

Szczera,przyjacielska,uśmiechnięta,
romantyczna dusza,
kocham życie i poezję...

MOJE WIDEOKLIPY
http://www.youtube.com/watch?v=OnrGecJTwP4
http://www.youtube.com/watch?v=YF3tvjkrxQc
http://www.youtube.com/watch?v=UliJpOXszm0
http://www.youtube.com/watch?v=HkO9E-OlJjI
http://www.youtube.com/watch?v=E9yX1JdK3Rw
http://www.youtube.com/watch?v=3F8k7cg4WYg

MOJE SLAJDZIKI
http://slajdzik.pl/slajd/jarzebina-czerwona,23711
http://slajdzik.pl/slajd/zabrales-serce-moje,23682
http://slajdzik.pl/slajd/zyczenia-dla-ewuni-21095
http://slajdzik.pl/slajd/wesolego-alleluja,22948
Wzrost: 160 cm
Oczy: niebieskie
Włosy: ciemnobrązowe, długie
Urodziny: za 102 dni (Baran)
Papierosy: lubię
Alkohol: tylko okazjonalnie
Wykształcenie: średnie
Dzieci: już mam
Obserwowani (2)
zmsKimba
Obserwujący (94)
hadoophyderabadmartawejs12rumpel6722mirek22oleankaEstraaMarysias64alla2909mundek12mgielka3alabaster7andrzejgm599waldekxchal1234Jagoda3005rozistasiek1963luna0piotr70mimi18
wszyscy obserwujący
Odwiedzający
Kazmierczakowie5022mirek22Kimbabogna3411056otkaKAHA377hana5319martawejs12Natalka16rozidodek600000001JanuszxGrazkaVR2098945411051955iwona333rumpel67ferdas
pokaż więcej
Wala123ziutek7475annzie1974casandra011051952Myszaaakifadsieremiliada8hW53lisadesn1113

Z PAMIĘTNIKA WDÓWKI - BIESZCZADY 2012

(Bieszczady - 23 - 27 sierpnia 2012)

Z grupą moich fantastycznych Znajomych postanowiliśmy pojechać znowu w Bieszczady. Nasza eskapada składała się z trzech par(plus ja na przyczepkę). Wyruszyliśmy siedmioosobowym vanem wczesnym rankiem w czwartek. Prognoza pogody napawała optymizmem i sprzyjała tego rodzaju wojażom. Dość długą podróż uprzyjemnialiśmy sobie popijając trunki i śpiewając przeróżne piosenki z przygotowanych wcześniej na tę okoliczność śpiewników. Niektórzy sypali kawałami jak z rękawa,
co zapewniało pozostałym niesamowitą dawkę radości, a gromkim śmiechom
nie było końca. Po wielu przystankach na papieroska, dotarliśmy dopiero po południu do Soliny. Ponownie odżyły wspomnienia. Dokładnie w tym samym miejscu w zeszłym roku spacerowaliśmy z Mężem wzdłuż tamy trzymając się za ręce i wtulając w siebie... Nie przypuszczaliśmy nawet, że już nigdy więcej nie przyjedziemy tutaj razem. Teraz przechadzam się tymi ścieżkami z nostalgią. Pamiętam każde Jego słowo i gest. Miejsca, w których przebywaliśmy we dwoje powodują, że samotna łza stacza się po policzku i mocniej kołacze zrozpaczone serce...Ten smutny nastrój nie uszedł uwadze Znajomych i szybko postarali się rozweselić mnie żartując, że poszukają zaraz dla mnie jakiegoś "gacha". Znam ich bardzo dobrze i wiem, że zechcą sobie poużywać moim kosztem, ale daleka jestem od gniewu. To prawdziwi Przyjaciele, wiem napewno, że dobrze mi życzą, dlatego pozwoliłam wciągnąć się w ich gierki.
Na pytanie - jaki mężczyza jest dla mnie idealny, odpowiedziałam - typ południowca - śniada, oliwkowa cera, głębokie, błękitne spojrzenie, przystojny, szarmancki, żeby nosił mnie na rękach i koniecznie z bródką, w wieku od 30 do 50 lat maksymalnie. Na to Piotrek z rubasznym uśmiechem odparł - o,o,o gdzie ja ci takiego znajdę, żeby chociaż wiek obniżyć do 70, ty to masz wygórowane wymagania, wiesz jak trudno będzie, ale od czego są Przyjaciele! Wszystkich rozbawiło takie podsumowanie. Grześ kupił mi tabliczkę z napisem - "tu się liczy tylko zdanie Ewy", a ja kupiłam dla wszystkich duże lizaki w kształcie serc i ruszyliśmy do Ośrodka "Jawor" w Polańczyku. Po zakwaterowaniu postanowiliśmy pójść na kolację do miasta, ponieważ wykupiliśmy tylko śniadania, aby nas nic nie ograniczało. Dziwne zwyczaje panują w restauracjach chyba ze względu na sanatoryjnych kuracjuszy, bo kto słyszał, żeby o 22 gasić światła pozbywając się w ten sposób gości! Początkowo myśleliśmy, że właściciel nie zapłacił rachunku za prąd i dlatego odłączyli, ale szybko poinformowano nas o zasadach tu panujących. Byliśmy zniesmaczeni całą sytuacją, chcieliśmy pobawić się minimum do północy, a tu miasto wymiera, bo cisza nocna o 22! Tak więc poczłapaliśmy do ośrodka ustalając przez drogę, że zbieramy się w apartamencie Agnieszki i Piotrka, każdy oczywiście z "załącznikiem". Co nam Polańczyk będzie psuł nastrój i nakazywał, jak jakimś małolatom, o której mamy iść spać! Było bardzo wesoło, spontanicznie i miło, a biesiadowanie zakończyliśmy około pierwszej.

Rankiem w piątek, tuż po śniadaniu wybraliśmy się do przystani i wypożyczyliśmy dwa rowery wodne na cały dzień. Ja usadowiłam się z tyłu, natomiast Iwonka z Grzesiem usiedli za sterami. Drugi rower zajęli Agnieszka z Piotrkiem i Ela z Mirkiem, oczywiście Panowie w roli sterników. Pogoda wymarzona - upał 30 stopni, woda cieplutka, wokół przecudne krajobrazy. Pomyślałam, że nawet w raju nie może być piękniej! Podziwiając to wyjątkowe dzieło Stwórcy, pomyślałam sobie, jak cudownie udał Mu się ten Świat i zaraz przypomniała mi się piosenka Wojciecha Gąssowskiego - "Zielone wzgórza nad Soliną", która dokładnie oddaje klimat tej przepięknej okolicy. Tak zróżnicowanej i bujnej roślinności próżno szukać gdzie indziej, tylko tutejsze warunki wyjątkowo sprzyjają jej rozwojowi. Dziękuję Bogu, że obdarzył mnie wzrokiem, pozwolił przeżyć kolejny rok, oraz za to, że mogę rozkoszować się życiem i czerpać z niego garściami. Moje rozmyślania i chwilowe oderwanie od rzeczywistości przerywa chluśnięcie wody z wielkim impetem właśnie na mnie! Narobiłam wrzasku co niemiara, resztę dziewczyn również Miro oblewał po kolei czerpiąc wodę swoim czarnym kapelutkiem (kupionym na straganie za całe 8 złotych), a my wydzierałyśmy się, jakby nas ktoś obdzierał ze skóry! I tak na pływaniu i opalaniu, w wesołej, swawolnej atmosferze przeplatanej gromkim śmiechem i okrzykami, beztrosko upływały nam chwile. Cały urok tego pięknego dnia zepsuł wyjątkowo niesympatyczny jegomość z wypożyczalni sprzętu pływającego, od którego notabene wypożyczyliśmy te dwa podstarzałe wehikuły przypominające zamierzchłą epokę. Widząc jak chlapiemy wodą na rowerach, tuż po powrocie rzucił się na nas z krzykiem i zaczął opieprzać niczym sztubaków, że zmoczyliśmy kapoki. Od kiedy to kapoki mają być suche - odparliśmy, a on na to, że będzie musiał je suszyć przez nas. Co za komunistyczne rozumowanie, strach pomyśleć, a gdyby ktoś się topił, to broń Boże ratować, bo kapoków nie można zamoczyć! Mieliśmy złożyć na niego skargę, na pewno straciłby pracę, ale przemyśleliśmy sobie i daliśmy spokój.

Aby poprawić nastroje wybraliśmy się wczesnym wieczorkiem na dancing do pobliskiej knajpki. Ustaliliśmy wcześniej, że kobiety i mężczyźni siadają osobno, chcieliśmy przekonać się kto kogo będzie podrywał. Wybraliśmy stoliki obok siebie, tuż przy didżeju i udawaliśmy, że się nie znamy. Każdy wybrał z menu to na co przyszła ochota, z obowiązkowym piwkiem włącznie. Wreszcie punktualnie o 19 rozbrzmiała muzyka, która sprawiła, że zaczęły nadciągać tłumy, ku naszemu zdumieniu przeważające grono stanowiły postrojone na tę okoliczność kobiety - kuracjuszki z pobliskich sanatoriów. Z wypiekami na twarzy polowały wzrokiem na potencjalne ofiary i niecierpliwie oczekiwały na przyszłych adoratorów poproszących do tańca. Dla nas początkowo wyglądało to co najmniej komicznie, do czasu jednak, aż zaczęły zastawiać sidła na naszych facetów i czynić umizgi. Trzeba było coś z tym fantem zrobić, nawarzyłyśmy piwa, trzeba było je wypić póki nie będzie za późno. Szanse na podryw facetów były nikłe, każdy na wagę złota - jeden na dziesięć napalonych kuracjuszek! Dosiadamy się do naszych rodzynków, zanim te okropne babska położą na nich łapska! Ależ niesamowity ubaw mieli nasi Panowie z tego, że musimy bronić i chronić własną piersią co nasze! Teraz dopiero zaczęła się przednia zabawa z tańcami i nie tylko. Ja oczywiście z racji żałoby nie tańczyłam, jedynie podrygiwałam w rytm muzyki i obserwowałam rozbawione towarzystwo. Nawet jeden z obcych panów poprosił mnie do tańca, ale odmówiłam tłumacząc, co jest powodem. Skłonił się szarmancko, przeprosił i podziękował z szacunkiem, po czym odszedł. W miarę rozkręcającej się imprezy zasychało tancerzom w gardłach, więc po prawie każdym tańcu na naszym stoliku pojawiały się kieliszeczki z teqilą, które wszyscy ochoczo wypijali wznosząc z radością niekończące się toasty. Tak fajnie zapowiadającą się imprezę przerwał głos didżeja oznajmiający, że nieuchronnie nadchodzi godzina 22 i pora pożegnać się ostatnim tańcem. Zrzedły nam miny na tę smutną wiadomość, bo oto nadszedł czas gaszenia świateł w Polańczyku. Dla lubiących się bawić, żadna to przeszkoda, więc zmierzamy do ośrodka dokończyć imprezkę. Po drodze spotykamy grupę Harlejowców i rozmawiamy z nimi sympatycznie przy stolikach wystawionych przed wejściem do "Jawora". I tu kolejna niespodzianka. Wyszła do nas młoda i bardzo niegrzeczna pani recepcjonistaka i ostro nas opieprzyła tylko za to, że grzecznie rozmawialiśmy i w miarę cicho, bo już poznaliśmy zasady tudzież panujące. Na koniec dodała jeszcze, że wezwie na nas policję, jeśli natychmiast się nie rozejdziemy. Tutaj każdy tubylec strofuje turystów zupełnie bez powodu, a raczej bardziej profilaktycznie obsztorcowuje stawiając na baczność, niczym w wojsku do capstrzyku. Wyjątkowo nieprzyjaznym miastem okazał się dla nas Polańczyk, a przecież zostawiamy tu całkiem sporo kasy. Cóż nam innego pozostało, poszliśmy wściekli na trzecie piętro, bo nic tylko z tego żalu pozostało się spotkać znowu u Agnieszki i Piotrka. Dobry nastrój pękł niczym bańka mydlana, więc wypiwszy tylko troszeczkę, markotni rozeszliśmy się wszyscy do swoich pokoi na nocleg.

Sobotni poranek zwiastuje bardzo upalny dzień. Jest 6 rano, a na balkonie można się już opalać. Niesamowity widok z okna zapiera dech w piersiach. Opary mgły unoszą się już wysoko nad grzbietami odsłaniając przepiękne połacie pokryte lasami, aż po same szczyty. Dzisiaj zdobywamy - "Tarnicę", która położona jest 1346 m n.p.m
i jest najwyższym szczytem Bieszczad. To już będzie trzeci szczyt zdobyty przeze mnie w ciągu roku. Dość trudną wyprawą była również wyprawa nad "Morskie Oko" w maju 2010 roku, która zainicjowała tą pasję. Pierwszy szczyt Połoniny Wetlińskiej zdobyliśmy wspólnie z Mężem w zeszłym roku także w sierpniu. Pamiętam, jak troszczył się o mnie na szlaku i pomagał wchodzić ciągnąc za rękę. Natomiast w czerwcu tego roku zdobyłam w Pieninach "Trzy Korony", ale kupiłam kijki na tę wyprawę, bo nie mogłam liczyć przecież na wsparcie kochanego Męża...Całkiem dobrze mi poszło, choć chwilami było bardzo stromo i ślisko. Pokochałam góry całym sercem, a tego zadowolenia, gdy stanie się już na szczycie, nie sposób opisać. To prawie tak, jakby cały Świat legł u moich stóp! Jestem z siebie dumna, że dałam radę dokonać tego nie lada wyczynu.

Zaraz po śniadaniu spakowani w małe plecaczki, wyruszyliśmy autem kilkadziesiąt kilometrów, aby dojechać do szlaku. Piotrek zaopatrzony w mapy był naszym przewodnikiem, więc z ochotą zdaliśmy się na niego. Początkowo wydawało się, że to łatwizna, prościutka droga, chwilami otwarty teren, czasami szlak wiódł przez las, który przy tak upalnym dniu był wybawieniem. Przez cały czas marszu żartowaliśmy nie spiesząc się wcale, tak nam świetnie ubywała droga. Każdego wracającego już ze szczytu Miro zaczepiał zaciągając po białostocku - "a niedzwiedzia widzieli, ponoć grasuje tutaj niedzwiedź gej", zaś Grześ głaszcząc się po włosach ściętych na zero stwierdzał - "a ja taki nieuczesany". Te słowa rozbrajały wszystkich maszerujących. Co jakiś czas robiliśmy sobie przerwy siadając gdzie popadnie i podawaliśmy sobie z ust do ust po łyczku wiśnióweczki z piersióweczki tzw. palikotówki i pogryzaliśmy rwaną z pętka swojską kiełbasą, kabanosami i ogórkami kwaszonymi. Zaczęło się coraz trudniej wchodzić, ale ja zaopatrzona w kijki śmigałam niczym kozica, tylko nasz Grzesiu z racji tego, że jest kierowcą tira i kochanego ciałka ma troszkę więcej, zaczął się zniechęcać i nie chciał iść dalej. Biedaczek opalił się na raka wczoraj na rowerach, a przy dzisiejszym wysiłku jego twarz przybrała kolor purpury. Już wszyscy martwiliśmy się, że może nie dać rady, ale Iwonka - jego żona, tak go zmobilizowała, że chociaż na końcu, to jednak dotrzymywał nam kroku i dzielnie parł w górę.
Po około czterech godzinach byliśmy już wszyscy na szczycie tuż przy krzyżu. Mogliśmy wreszcie z zapartym tchem podziwiać niesamowite i pełne uroku Bieszczady, a Grzesiowi gratulowaliśmy bohaterskiej postawy! Trzeba było widzieć to zadowolenie i błysk w jego oczach, które mówiły, jak bardzo jest dumny z siebie. Nie omieszkał też powiadomić zaraz telefonicznie o tak ważnym wydarzeniu swoją mamę i kilku znajomych. Siedząc tak i odpoczywając Piotrek wypatrzył dla mnie "gacha", który miał bródkę. Powiedział zaraz - "zobacz Ewa, to towar dla ciebie". Patrząc za jego wzrokiem stwierdziłam krótko - "zbyt stary", ale reszta mnie przekrzyczała, że wcale nie mam racji. Zaraz też Piotrek zaczepił faceta zachwalając mnie niczym sprzedawca najlepszy towar - "mamy tu taką jedną czarną, oddamy w dobre ręce, tania w eksploatacji, mało je, a jaka robotna!" Jegomość roześmiał się serdecznie i przysiadł na naszej ławce. Przedstawił się jako Marek i podając dłoń każdemu z nas zakomunikował, że jest z Warszawy. Na szczęście dla mnie był żonaty, choć jego żona od kilku lat przebywa w Szwecji, jak stwierdził. Tego swatania nie było końca, Piotrek z Mirem na zmianę zaczepiali wszystkich facetów z bródką, a nawet bez i usiłowali mnie sprzedać wbrew mojej woli, mieliśmy zabawy przy tym co niemiara.

Po około półgodzinnym odpoczynku na szczycie, rozpoczęliśmy drogę powrotną do punktu wyjścia. Teraz to Grześ z taką lekkością, jakby go co najmniej połowę ubyło, wyrwał pierwszy. Tym razem zrobiliśmy tylko dwa przystanki, na których także było wesoło. Zmęczony Miro zdjął swój słynny kapelutek i siedząc na klęczkach przy szlaku z rozbrajającym uśmiechem podstawiał przechodzącym turystom mówiąc, że zbiera na piwo. Nikt nie wrzucił nawet grosika, tylko Agnieszka sypnęła garść drobnych na zachętę, ale do datku na tak szczytny cel nikogo to nie przekonało, jedynie przyspożyło wszystkim wiele radości. Ela - żona Mirka co jakiś czas go strofowała z czarującym uśmiechem , ale czegóż to nie robi się dla dobrej zabawy.

Zapakowaliśmy manatki do auta i wyruszyliśmy w drogę powrotną, ale po trasie przepływał śliczny potok i grzechem byłoby nie zatrzymać się przy nim. Nasi chłopcy zapragnęli kąpieli po całym dniu wędrówki. Zachowywali się jak dzieci radośnie taplając się w zimnej wodzie. Po przesiadywaniu w strumyku na zzieleniałych skałach, białe kąpielówki Mira zmieniły kolor na brunatno zielony, więc postanowił je uprać na kamieniach, podobnie jak to czyniły nasze prababcie. Tylko gatki z tamtej epoki były mocne, bo lniane, a te rozleciały się po prostu, więc zamaszystym ruchem pozbył się ich krzycząc - "płyńcie po morzach i oceanach". Mostem przechodziła niewielka grupka ludzi, którzy po rejestracji dostrzegli, że jesteśmy mieszkańcami Łukowa. Jaki ten Świat mały, nawet w najbardziej odległym zakątku kraju można spotkać swoich ziomali. Zapadał już zmierzch, pora zbierać się do Polańczyka. Wsiadamy do auta niesamowicie wyczerpani, ale szczęśliwi zarazem, przez całą drogę powrotną śpiewamy piosenki i opowiadamy sprośne kawały.Tak upłynął kolejny, fantastycznie spędzony dzień.

Jaki piękny jest Świat! Chciałoby się go objąć rękoma i chłonąć każdą chwilę. Poranek delikatnie pieści twarz pierwszymi promykami słońca, nieśmiało wydobywającymi się spod gęstej mgły, zapowiadając piękną niedzielę. Wczoraj zaplanowaliśmy zdobyć kolejny szczyt - Smerek. Aż dusza się raduje, że w ciągu dwóch dni zdobędę dwa szczyty, świetnie się czuję, żadnych zakwasów, a po wczorajszym zmęczeniu ani śladu. Ciekawe, czy reszta towarzystwa podobnie odczuwa, ale przekonam się dopiero po ósmej, jak wstaną z łóżek śpiochy i wylegną na śniadanie. Jednak treningi na siłowni to nie jest czas stracony i okazuje się, że warto, nie ma to jak dobra inwestycja w siebie. Tylko ja jestem takim rannym ptaszkiem, chyba tak wcześnie z przyzwyczajenia wstaję, szkoda życia na długi sen. Już o siódmej zrobiłam makijaż i przygotowałam się do wyjścia na śniadanie, które wydają dopiero od ósmej trzydzieści. Zadzwoniłam do syna, potem pogarnęłam pokój i nudząc się niemiłosiernie, bezwiednym wzrokiem oglądałam telewizję, ale myślami błądziłam gdzieś daleko. Ocknęłam się z błogiego letargu słysząc natarczywe pukanie do drzwi. To znak, że idziemy do jadalni wchłonąć energetyczny posiłek. Już za drzwiami dostrzegam, że diabli wzięli wczorajsze plany. Wszyscy z grymasami bólu i zmęczenia na twarzach i jakoś tak koślawo powłóczą nogami, jak schorowani staruszkowie, a ja niczym skowronek. Uśmiechając się, z przekąsem zapytałam - "szczytujemy?", odpowiedź znałam doskonale, chciałam jedynie się w tym utwierdzić. Jak na komendę obrzucili mnie karcącym spojrzeniem mówiąc - "sama sobie szczytuj!". Przy śniadaniu uzgodniliśmy program na dzisiejszy dzień. Zaraz podjedziemy autem do kolejki wąskotorowej, która jest atrakcją tej części Bieszczad. Super przejażdżka! Emocje i krajobrazy przyprawiały o mocniejsze bicie serca, zapierając dech w piersiach. Chwilami miałam poczucie, że przebywam w buszu, a ten wiatr we włosach i rześkie, pachnące czystością powietrze - wrażenie niezapomniane. Zbliżała się pora obiadu, więc postanowiliśmy odwiedzić naszego dobrego znajomego - Krzysztofa, który szukając ciszy i wytchnienia osiadł na krańcu świata. Do Łukowa przyjeżdźa kilka razy w roku z powodu biznesu, natomiast w Smolniku zakupił posesję i stworzył przylądek dla turystów - "Chryszczata zagroda". Fantastyczne miejsce, wspaniała kuchnia, a Właściciel - świetny, niezwykle gościnny facet. Wewnątrz, na ścianach wisi chyba 350 rzeźbionych obrazów z przewagą scen erotycznych, a miłośnicy mocnych wrażeń mogą zanocować w kazamatach. Z czystym sumieniem mogę polecić, kto raz tam pojedzie, zawsze będzie wracał. Jadąc z powrotem do Polańczyka, dostrzegliśmy pokaźne kłęby dymu wydobywające się z głębi lasu, do którego prowadziła wąska, betonowa droga. Wiedzieliśmy, że wypalają tutaj drewno na węgiel drzewny i koniecznie chcieliśmy to zobaczyć. Z baraku wyszedł do nas pewien tubylec, ubrany skąpo, tylko w poszarpane spodnie. Za buteleczkę wiśnióweczki i piwko, w pełni zaspokoił naszą ciekawość, opowiadając o całej technologii i oprowadzając po placu, niczym prawdziwy przewodnik. Rozstliśmy się, jak dobrzy znajomi, nawet podarował Mirowi kłodę drewna do kominka, którą ten wtargał z uśmiechem do bagażnika. I takim oto akcentem zakończyły się niedzielne wojaże, które dobiegały już końca. W poniedziałek wyjechaliśmy po śniadaniu, ponieważ pogoda zepsuła nam szyki i z powodu deszczu nie było sensu przedłużać pobytu. Wracaliśmy równie wesoło, jak przyjechaliśmy i z pewnością przyjedziemy tu jeszcze niejeden raz...
Tagi:

BIESZCZADY, PRZYJAŹŃ, TURYSTYKA

Komentarze [4]

Kimba 2012-09-24

♥ Pozdrawiam z uśmiechem Jesienno,♥ sennie w czerwieni kolorach Z pękiem chryzantem złocistych Liściem klonu żółto brunatnym Z brązowym kasztanem w ręku Z wdzięcznością za jesień radosną. CUDNIE POZDRAWIAM . więcej...

luteczek 2012-10-03

♥ّۣۜ`.` ◊̯̆« DOBRY WIECZÓR ★═════✬ ❦ ✬═════★ „Jak cudowny jest świat nocą. kiedy wszystko wokół śpi. Gwiazdy pięknie niebo złocą. a srebrzysty księżyc lśni. Oczy znowu masz wpatrzone. w ten cudowny migot gwiazd. myśli więcej...

luteczek 2012-10-13

` ♥ّۣۜ`.` ≈ WITAM WEEKENDOWO •♠════∞ ☸ ∞════♠• „Posłuchaj co szepcze wiatr gdy rankiem wyciąga skrzypce, nastraja struny, bo wie jak trudno być wielkim mistrzem. Jak trudno złapać ten rytm co wabi, melodią kusi, a więcej...

stokram56 2012-10-21

SĄ TRZY RZECZY NIE DO ODZYSKANIA W ŻYCIU .... : CZAS , SŁOWA I SZCZĘŚLIWE CHWILE TRZY RZECZY , KTÓRYCH NIE MOŻESZ ZANIEDBAĆ W ŻYCIU ... POGODA DUCHA , UCZCIWOŚĆ , NADZIEJA TRZY RZECZY , KTÓRE NISZCZĄ ŻYCIE ... PYCHA , AROGANCJA I GNIEW TRZY więcej...

chmurki tego samego typu: